Przyszedł czas na wyznanie, mianowicie…kocham koty ;) Odkąd sięgam pamięcią do zamglonych wspomnień z dzieciństwa, gdzie były one znajdowałam się też ja. Co prawda, gdy przeprowadziłam się do liceum, później poszłam na studia moje możliwości opiekowania się jakimś kotem były znikome, jednak fascynacja tymi niezależnymi pieszczochami nie przeminęła. Od początku małżeństwa wyrażałam głośno swoją potrzebę posiadania futrzaka. Wciąż jednak nie osiągaliśmy w tym względzie porozumienia. Nie chodziło o żadną alergię na sierść, awersję do kotów ani nic podobnego. Mój mąż uważał, że trzymanie zwierzęcia w małym, 30 paro metrowym mieszkanku byłoby dla niego mordęgą…Po cichu chyba nawet przyznawałam mu rację.

Był jednak w naszym życiu taki czas, myślę,że najtrudniejszy, który potrząsnął wszystkim tym, co było dla nas ważne, stabilne, oczekiwane… Pamiętam z tego czasu poczucie bezsilności przewijające się ze zrywami wysiłku, działań, które od samego początku czułam, że były bezskuteczne. W tym też czasie do domu, w którym chwilowo mieszkaliśmy przybłąkał się kot :) Przyszedł kilka dni po naszej przeprowadzce. W ekspresowym tempie zadomowił się w naszym pokoju, polubił kanapę i wyraził potrzebę przyjęcia czegoś „na ząb” ;)

Przez kilka miesięcy uczestniczyliśmy w rytuale rannego wpuszczania Pieszczocha do pokoju, karmienia, głaskania, wypuszczania na spacer, wydawania mu podwieczorku, kreowaniu przestrzeni do zabawy…;) Ktoś mógłby powiedzieć,że szkoda czasu i energii na takie zabiegi. Dla nas jednak, w tamtym czasie ten mały kot przynosił radość, której potrzebowaliśmy, odwracał uwagę od przyglądania się temu na co nie mieliśmy wpływu. Zamiast patrzenia się na siebie i zadawania tych samych wciąż pytań mogliśmy zaopiekować się kimś, kto pewnej mroźnej zimy naprawdę nas potrzebował . 

Zamieszczam kilka zdjęć Pieszczocha, jak wierzę,prezentu od Pana Boga ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Advertisements